Niejednokrotnie planowałam znaleźć sobie jakieś wakacyjne zajęcie, aby zarobić parę groszy na ewentualny wyjazd lub inne przyjemności (książki, duuuuuuuuużo książek). W poprzednich latach generalnie niewiele z tych planów wyszło i ostatecznie kończyłam na, jakże ambitnym, zbiorze owoców lub w ogóle darowałam sobie jakąkolwiek działalność (tak, jestem leniem). W tym roku, po raz pierwszy od 20 lat, udało mi się zorganizować coś na poważnie i wakacyjna praca Klaudii stała się faktem. Produkcja i kontrola jakości nie należą do szczytu moich marzeń, ale jest to względnie satysfakcjonujące, TYMCZASOWE zajęcie. Oczywiście, począwszy od pierwszego dnia, codziennie poznaję kolejne trudy i znoje tej sytuacji. Jestem wykończona zarówno fizycznie, jak i psychicznie (kierownik-cwaniaczek) i z rosnącą niecierpliwością odliczam dni do zakończenia umowy. Na chwilę obecną przed każdym wyjściem na autobus wyglądam mniej więcej tak:
![]() |
| Naprawdę muszę? |
Pocieszam się faktem, że pozostało mi już naprawdę niewiele dni harówki, a każdy z nich przybliża mnie do upragnionego wypoczynku. Podejrzewam również, że pensja na koncie zmyje większość nieprzyjemnych wrażeń związanych z tą pracą ;).
Nadal w happysad'owym nastroju. Happysad - Ciepło/zimno
